Grupa Oto:     Bolesławiec Brzeg Dzierzoniów Głogów Góra Śl. Jawor Jelenia Góra Kamienna Góra Kłodzko Legnica Lubań Lubin Lwówek Milicz Nowogrodziec Nysa Oława Oleśnica Paczków Polkowice
Środa Śl. Strzelin Świdnica Trzebnica Wałbrzych WielkaWyspa Wołów Wrocław Powiat Wrocławski Ząbkowice Śl. Zgorzelec Ziębice Złotoryja Nieruchomości Ogłoszenia Dobre Miejsca Dolny Śląsk

Najbogatszy poseł ma dość polityki

     autor:
Share on Facebook   Share on Google+   Tweet about this on Twitter   Share on LinkedIn  
Ekonomista i filozof ze wsi Kunki pod Płockiem, nazywany królem drobiu. Mirosław Koźlakiewicz po przełomie w 1989 roku przejął od państwa Ciechanowskie Zakłady Drobiarskie. Jego firma wyrosła na największą w Polsce w tej branży.
Najbogatszy poseł ma dość polityki

Najbogatszy poseł ma dość polityki
kliknij na zdjęcie, aby powiększyć.Najbogatszy poseł ma dość polityki
kliknij na zdjęcie, aby powiększyć.Najbogatszy poseł ma dość polityki
kliknij na zdjęcie, aby powiększyć.

Biznes mu jednak nie wystarczał, zaangażował się w politykę i trafił do Sejmu oraz na fotel ministra w gabinecie premiera Jerzego Buzka. Od lat zajmuje niepodzielnie pierwsze miejsce wśród najbogatszych polityków w Polsce. Ujawnia, jak udało mu się dojść do majątku, którego wartość znacznie przekracza 50 milionów złotych. Po latach w parlamencie i szeregach Platformy Obywatelskiej nie kryje jednak rozgoryczenia: - Nie mam nic do ukrycia, ale nie mogę mieć wciąż wrażenia, że jestem traktowany jak potencjalny przestępca. Mówi co musi się zmienić w Polakach by zerwać z mentalnością rodem z czasów komuny. Jako ten, który odpowiadał za budowę cmentarzy w Charkowie, Miednoje i Katyniu nie ma złudzeń, że katastrofa Smoleńska kiedykolwiek przestanie nas dzielić.

MenStream.pl: Nazywają Pana "królem drobiu", a zaczynał Pan od zera. Można powiedzieć wzorcowa kariera w stylu amerykańskim - od pucybuta do milionera . Ukradł Pan pierwszy milion?

Mirosław Koźlakiewicz: Nie kradłem, a z tą karierą od pucybuta do milionera też nie jest tak do końca. Miałem, jak na PRL, dość wyjątkowe warunki. Wszystko przez ciotkę z Ameryki, która mieszkała tam ponad 60 lat. Na początku lat 60. przeszła na emeryturę i kiedy byłem kilkuletnim chłopakiem wróciła do Polski. Dostawała ponad 400 dolarów emerytury miesięcznie. To była jak na ówczesne czasy fortuna. Można było za to kupić samochód. Pamiętam, że jako jedni z pierwszych w całym powiecie mieliśmy warszawę.

Ciocia nieźle ustawiła rodzinę finansowo.

Nie tylko. Dla mnie nawet ważniejsze było to, co opowiadała mi o Ameryce. To w czasach Gomułki był dla mnie kraj niewyobrażalny. Wydawało mi się nawet, że jej opowieści są przesadzone, że to nieprawda.

Ona jednak zaszczepiła mi ciekawość do innego świata. Potem w latach siedemdziesiątych, ojciec z bratem założyli fermę drobiu, ale ja w ogóle się tym nie interesowałem. Poszedłem na studia ekonomiczne do Krakowa, później jeszcze była filozofia. Sprawy biznesu były mi zupełnie obce.

Co Pana zmieniło?

W połowie lat 80. wróciłem na swoją rodzinną wieś, do Kunek pod Ciechanowem. Wokół panował kompletny marazm. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Mój brat w końcu zaproponował, żebyśmy razem coś zrobili z tym drobiarstwem. Mocno się w to zaangażowałem i rozwinęliśmy produkcję - jak na owe czasy - na dość imponującą skalę.

Po przełomie w 1989 roku poszliście dalej, przejęliście państwową firmę - Ciechanowskie Zakłady Drobiarskie. To okres dzikiego polskiego kapitalizmu.

Na prywatyzacji z tamtego okresu ciąży jednak odium - przekrętu i wielkiego złodziejstwa. Przekonanie, że wykupowano państwowy majątek za grosze.

Nie brakuje takich, którzy myślą, że pierwszy milion trzeba ukraść, ale w naszym przypadku tak nie było. Zebraliśmy się w kilku kolegów, także działaczy z solidarnościowej opozycji. Zdecydowaliśmy się wziąć udział w prywatyzacji zakładów drobiarskich w Ciechanowie, które w tym czasie praktycznie upadały. Centrala w Warszawie się odłączyła, a filie zostały pozostawione na pastwę losu. W Ciechanowie pracowało wtedy 200 osób, które najprawdopodobniej trafiłyby na bruk. Z kolegami postanowiliśmy zebrać tyle pieniędzy, by mieć ponad 50 procent udziałów w firmie i mieć decydujące zdanie. Oczywiście, musieliśmy zebrać te pieniądze od kogo tylko się dało. Pożyczki zabezpieczone były wekslami i pamiętam ówczesnego wojewodę, który dopytywał się - co to są te weksle? To był 1991 rok i większość ludzi, jeżeli już kojarzyła z czymś papiery zastawne, to tylko z książkami takimi jak Lalka Bolesława Prusa. Do ostatniej chwili nikt tak naprawdę nie wiedział czy mamy te 50 procent czy nie. Nieujawnianie sumy jaką udało nam się zdobyć, miało na celu uniknięcie zmanipulowania prywatyzacji przez dyrektora zakładów. Jakby się dowiedział ile mamy, wpłaciłby trochę więcej, a my nie mielibyśmy nic do powiedzenia. Udało się go przechytrzyć. Zmieniliśmy władze w firmie, a ja zostałem prezesem.

Była euforia?

Raczej strach, dopiero wtedy zaczęły się schody. Nie dość, że część tych naszych udziałów musieliśmy spłacić, to doszły jeszcze dodatkowe koszty, a zakład był zdezelowany. To była tylko jakaś stara jajczarnia. Natychmiast zmieniliśmy profil. Postawiliśmy na przetwarzanie drobiu, zbudowaliśmy od podstaw ubojnię, rozwinęliśmy przetwórstwo. To wiązało się z tym, że ja w tygodniu przez dwa, trzy dni zawsze byłem poza domem. Trzeba było zdobywać rynek. Jeździliśmy po całym kraju, po różnych targach. Walczyliśmy też z ludźmi. Pracowników trzeba było przyzwyczaić do innego systemu pracy. Od razu zapowiedziałem, że przede wszystkim liczy się wydajność i od niej pracownicy będą wynagradzani. Niektórzy nie wytrzymali tego tempa, jednak sporo osób z tamtych czasów pracuje do dziś.

Jednak przetrwali zmiany?

Była grupa, która od razu zrozumiała o co nam chodzi. Absolutnie się dostosowali nie tylko do naszych wymogów, ale przede wszystkim do nowej rzeczywistości. Zaznaczam, że zaczynaliśmy z dwustuosobową załogą, a teraz jest już 1,5 tysiąca. To już zupełnie inny zespół.

Pomogło wam chyba to, że wtedy praktycznie wszystko sprzedawało się na pniu.

Nie do końca tak było. Konkurencja była bardzo silna, świetnie wyposażona, a my nie mieliśmy na początku niczego. Trzeba było robić wszystko, żeby móc w ogóle myśleć o mierzeniu się z innymi. Jednak to był wspaniały czas, przede wszystkim byliśmy młodzi, ja miałem niewiele ponad 30 lat, inni udziałowcy byli ode mnie młodsi. Nie traktowano nas poważnie. Uważano, że robimy tylko szum i szybko padniemy. Skutek jest taki, że dzisiaj jesteśmy największą firmą w Polsce w tej branży.

Rozkręcał Pan drobiowy biznes, to po co była polityka? Poszedł Pan do Sejmu by załatwiać swoje sprawy?

Nie, ja w polityce tkwiłem od lat. Był 1984 rok jak wróciłem na tą swoją małą wieś. Za nami były najgorsze lata stanu wojennego, Solidarność była stłamszona, śmierć księdza Jerzego Popiełuszki, wokół atmosfera duszności i napięcia. Dużo wtedy czytałem, śledziłem wydarzenia polityczne i pamiętam, że bardzo zaimponowała mi Margaret Thatcher. Premier Wielkiej Brytanii, nie bez przyczyny nazywana żelazną lady, zawzięła się i wbrew strajkom i protestom sprywatyzowała kopalnie. Wtedy pomyślałem sobie, że u nas taka zmiana nigdy nie byłaby możliwa.

Marzyłem o chociażby namiastce wolnego rynku w Polsce. W momencie gdy to się stało, nadszedł 1989 rok, mocno z przyjaciółmi zaangażowaliśmy się w zmiany. W czerwcu, w czasie pierwszych, częściowo wolnych wyborów, woziliśmy aktorów - ówczesnych, jakby nie było, celebrytów - na targowiska i agitowaliśmy z nimi za Solidarnością. Ja woziłem Kalinę Jędrusik i Jana Kobuszewskiego. Wspaniała Jędrusik już wtedy bardzo chorowała, ale z przerwami jeździła z nami po tych bazarach. Po wyborach nie mogłem uwierzyć, że jednak się udało, że komuniści oddają władzę. W naszej grupie byli ekonomiści, prawnicy, lekarze, specjaliści od żywienia, cały kalejdoskop, ale ta grupa wciąż trzyma się razem.

Jednak o kandydowaniu do Sejmu pomyślał Pan dopiero w latach 90.

Gdy wybory wygrała Lewica, a pierwsze podejście Marianowi Krzaklewskiemu nie wyszło, spróbowaliśmy ponownie i w końcu udało się z AWS. Uważam ten czas za bardzo udany. Pracowałem w kancelarii premiera Jerzego Buzka. To między innymi jego reformy pozwoliły na późniejszą tak dobrą absorbcję środków unijnych. Mimo, że AWS był konglomeratem różnych partii i partyjek, przeróżnych interesów to udało się dokonać rzeczy przełomowych. To prawda, że nie ze wszystkim wyszło tak jak chcieliśmy, część rzeczy późniejsze władze popsuły, ale to był bardzo dobry czas dla Polski.

Jak to się stało, że trafił Pan do Platformy Obywatelskiej? Jest Pan bardzo związany z Kościołem katolickim. Poza tym, kiedy rozmawiałem z politykami PiS, mówili że się dziwią, że nie jest Pan z nimi.

Na początku różnice między nami były bardzo niewielkie. Dziś to brzmi nieprawdopodobnie, ale wtedy na poważnie rozważano koalicję PO-PiS. Nikt nie przypuszczał, że konflikt między nami będzie kiedyś tak ostry. Do dziś nad tym ubolewam i mam nadzieję, że to się jednak kiedyś zmieni.

Po katastrofie smoleńskiej? To przecież nierealne

Ja byłem odpowiedzialny za budowę cmentarzy w Charkowie, Miednoje i Katyniu. Byłem przewodniczącym rządowej komisji. Jeżeli dziś po tej straszliwej katastrofie, Katyń zaczyna być elementem walki politycznej, to nie mogę się z tym pogodzić. Dla mnie to świętość. Obawiam się jednak, że to na zawsze będzie dzieliło Polaków. Przecież katastrofa w której zginął generał Władysław Sikorski do tej pory wzbudza duże kontrowersje i nie została do końca wyjaśniona. Ta katastrofa z kwietnia 2010 roku, nieporównanie bardziej tragiczna, zawsze już będzie wzbudzała emocje. Tam zginęło wielu mi bliskich ludzi, między innymi Maciej Płażyński. Z członkami Rodzin Katyńskich wielokrotnie latałem do Rosji, tak więc doskonale rozumiem emocje niektórych ludzi, a zwłaszcza rodzin.

Ból trwać będzie latami, ale to nie może zdominować naszego życia politycznego. Teraz najważniejszy jest problem z gospodarką. Gdy do tego konfliktu wokół Smoleńska, dojdzie - nie daj Bóg, katastrofa ekonomiczna, wtedy moglibyśmy się pogrążyć w chaosie. Szkoda tego wszystkiego co udało się do tej pory zrobić. Mieszkam na wsi i widzę jak ona się zmieniła w ostatnich latach. W wielu gospodarstwach są nawet po dwa, trzy samochody. Nasz poziom życia zmienił się niewyobrażalnie. Musimy robić wszystko by to nie przepadło.

Jeżeli chodzi o poziom życia to mało kto może się równać do Pana. Od lat pierwszy polityk w rankingach, jeżeli chodzi o majątek.

Źle się z tym czuję. Nawet w Sejmie z tym się ukrywam. To nie są pieniądze, na których śpię czy trzymam gdzieś w sejfach. To jest mój cały majątek. On się liczy dlatego, że pozwala mi się realizować, rozwija się, przynosi dochody i pracę ludziom. Jestem skrępowany, czuję się nieswojo jak mi się to wytyka. Pewnie, że gospodarka jest bardzo ważna. Gdy za komuny panowała totalna nędza i marazm przecież tęskniliśmy za możliwością rozwijania się, w tym bogacenia. Jednak nie chcę by postrzegano mnie tylko przez to co posiadam.

Nie chcę się porównywać do najbogatszych w Polsce panów Kulczyka, Niemczyka czy Czarneckiego. Zawsze podziwiałem tych ludzi za to, że udało im się dojść do bogactwa. Mało kto miał taką determinację jak oni. Pamiętam kolegę, który wrócił ze Stanów, namawiałem go do zaangażowania się w drobiarski interes. On mi wtedy odpowiedział - po co mi ten kłopot? Wolał zwykłą pracę i zadowolił się mieszkaniem i samochodem. Jakby podszedł do tego inaczej, dzisiaj mógłby mieć kilka samochodów i kilka domów. Trzeba umieć zakasać rękawy i twardo wziąć się do roboty.

Wstydzi się Pan majątku? Przecież on pomaga w polityce. Dzięki pieniądzom wygrywa się też wybory.

To wygląda zupełnie inaczej. Od wielu lat z grupą byłych już wojewodów, za których pracę też odpowiadałem, spotykamy się regularnie z byłym premierem Jerzym Buzkiem. Pamiętam, że niektórzy z nich po odejściu ze stanowiska i zerwaniu z polityką, nagle zostawali na lodzie. Bez żadnego finansowego zabezpieczenia. Majątek pomaga nie myśleć o nim, gdy się człowiek angażuje w politykę. Pieniądze dają mi pewność siebie, wolność i niezależność. To, że krępuje mnie rozmowa o moim bogactwie, nie oznacza, że nie uważam, że: po pierwsze gospodarka głupcze.

Może ten wstyd, że jest się bogatym, wynika z naszego zaściankowego, niedojrzałego podejścia. W wielu zachodnich krajach, zwłaszcza protestanckich, to przecież powód do dumy.

Jestem praktykującym katolikiem, ale fragment pisma mówiący, że bogatemu trudno będzie przejść przez ucho igielne, interpretuję na swój sposób.

Jak?

Nie uważam, że zamysłem naszego stwórcy było piętnowanie bogatych. Trzeba się kierować zyskiem, choćby po to by później móc pomagać innym. Bez bogactwa filantropia jest niemożliwa.

Jednak, jak mi Pan wyznał, ma Pan dość polityki. Dlaczego?

Pytał Pan o to, czy fakt, że jestem politykiem pomaga mi w biznesie. Wręcz przeciwnie. Jestem ciągle na świeczniku, ciągłe kontrolowany, także przez CBA. Ciągłe oświadczenia mnie już męczą. Nie to, że mam coś do ukrycia, ale nie mogę mieć wciąż wrażenia, że jestem nieustannie obserwowany i traktowany jak potencjalny przestępca. Po tych wielu latach mam już dość podejrzliwości urzędników i służb.

Tak jak Pan czuje się na pewno wielu przedsiębiorców. Jest Pan w partii władzy, ma Pan wpływ na kształtowanie rzeczywistości. Była przecież okazja by to zmienić.

W naszym kraju niestety nie jest tak, że jak ktoś wymyśli reformę to ją uda się wdrożyć w rok czy w dwa, tak jak to wygląda w wielu innych, zachodnich krajach. Tam konsekwentnie dokłada się cegiełkę do cegiełki, aż do końcowego efektu. U nas zmorą jest nie kończenie i zaczynanie wszystkiego od nowa. Przykładem może być służba zdrowia czy szkolnictwo. W biznesie jest tak, że od podjęcia decyzji do realizacji przechodzi się błyskawicznie. W polityce tak nie jest, są kalkulacje co się wizerunkowo opłaca, a co nie. Nawet jak coś dobrego się wymyśli to przeforsowanie tego zależy od tylu czynników, przez co trwa to w nieskończoność. W biznesie czuję się bardzo zorganizowany, jak wracam w świat polityki, to wydaje mi się, że tak nie jest.

W Polsce musi upłynąć wiele czasu zanim zmieni się podejście urzędników do przedsiębiorców. To nastawienie jest pochodną wciąż pokutującego przekonania, że kto ma majątek to jest przekręciarzem, ukradł albo dorobił się poprzez układy. Pamiętam jak w mojej firmie pojawił się kiedyś kontroler z Państwowej Inspekcji Pracy i przyczepił się do jednej z barierek. Za to, że rozstaw szczebli był zbyt duży - bo jak argumentował może przez nie wypaść dziecko - wlepił mi mandat. Tłumaczyłem, że ta bariera jest taka od czterdziestu lat, a po firmie nie kręcą się żadne dzieci, to jednak sprawa wylądowała w sądzie. W końcu z nimi wygrałem, ale z takimi absurdami wciąż mamy do czynienia.

Długo potrwa to normalnienie?

Po 50 latach niebytu w Polsce normalnych mechanizmów gospodarczych i prawa. Nasiąknięciu przez ludzi przekonaniem, że dorobić się można szybko przez cwaniactwo i złodziejstwo, muszą przeminąć pokolenia. Tu nawet nie chodzi o sieroty po komunie. Kiedyś arystokraci mieli pogardliwy stosunek do kupców czy przedsiębiorców. Jednak to dzięki nim można budować teatry, galerie i sale koncertowe. Bez pieniędzy nie da się zaspokajać ludzkich wyższych potrzeb, wynikających z naszej wrażliwości. W Polsce jeszcze wciąż do tego źle podchodzimy. Mimo to możemy być dumni z tego co zrobiliśmy przez ostatnie dwadzieścia lat, gigantyczny wzrost PKB, od kilkunastu lat wzrost gospodarczy. Nie możemy się zatrzymywać w tym postępie, a i z czasem znormalniejemy.

Rodzina się cieszy, że planuje Pan zerwać z posłowaniem?

Przede wszystkim ja poczuję ulgę. Będę miał więcej czasu dla dzieci, dla żony. W przypadku dzieci bardzo łatwo stracić ten okres kiedy są z nami. W pewnym momencie dojrzewają i uciekają z domu. Poza tym kocham piesze wędrówki po Mazurach i będę miał też więcej czasu na ukochane lektury.


MenStream.pl /fot. archiwum prywatne/kozlakiewicz.



o © 2007 - 2019 Otomedia sp. z o.o.
Redakcja  |   Reklama  |   Otomedia.pl
Dzisiaj
Poniedziałek 9 grudnia 2019
Imieniny
Anety, Leokadii, Wiesława

tel. 660 725 808
tel. 512 745 851
reklama@otomedia.pl